Moja lista blogów

wtorek, 30 czerwca 2015

Co czytamy

Dzisiaj troszkę o przeczytanych ostatnio książkach. Czytać lubimy, dlatego bardzo zależy nam na tym, aby pasją czytania zarazić również nasze dzieci. Chcielibyśmy, aby co wieczór, kiedy już nasza panienka zaśnie snem głębokim siadamy z naszym paniczem i czytamy...W praktyce nie zawsze jest to niestety możliwe, ale wciąż wierze, że nam się uda. W wieczory kiedy nam się jednak udaje :-) wygląda to tak, że każde z nas czyta po dwie strony. Taki układ nam odpowiada, spędzamy razem czas, nasz panicz ćwiczy sprawne czytanie, a książki które wybieramy nie nudzą nikogo z naszej trójki.

Teraz jesteśmy na etapie książek Andrzeja Maleszka z serii "Magiczne drzewo". Cały cykl książek rozpoczyna "Magiczne Drzewo Czerwone Krzesło". Wszystko zaczyna się w momencie, gdy w dwutysięcznym roku nad Doliną Warty przechodzi gigantyczna burza. Nawałnica powala na ziemię magiczne drzewo, z którego ludzie wykonują różne przedmioty posiadające niezwykłą moc. Trójka rodzeństwa - główni bohaterowie Kuki, Gabi i Filip odnajdują czerwone krzesło, które spełnia każde wypowiedziane życzenie. Trzeba jednak bardzo uważać, gdy się je wypowiada o czym szybko przekonuje się grupka dzieciaków. Ich przygody z wypowiedzianymi życzeniami przedstawiają książki : Czerwone krzesło, Tajemnica mostu, Olbrzym,Pojedynek, Gra.  My jesteśmy przy Olbrzymie i muszę przyznać, że każdego wieczoru z ciekawością śledzimy kolejne pomysły dzieci. Do tego wszystkiego autor w swoich książkach stosuje proste słownictwo, niejednokrotnie bardzo zabawne, nasz panicz śmieje się w głos podczas czytania :-)

Magiczne Drzewo - OLBRZYM
W kolejce do czytania na czas wakacji jest seria książek "Biuro detektywistyczne Lassego i Mai". Seria składa się z około 22 książek ( dokładnie nie wiem ). Jest świetną propozycją dla dzieci zaczynających czytać ponieważ tekst składa się z dość dużych liter, co zdecydowanie ułatwia samodzielne czytanie dziecka. 
Akcja książek rozgrywa się w małym szwedzkim miasteczku Valleby oraz jego okolicach. Główni bohaterowie, Lasse i Maja, chodzą do tej samej klasy i wspólnie prowadzą małe biuro detektywistyczne rozwiązując w nim przeróżne zagadki z życia codziennego.

"Biuro detektywistyczne Lassego i Mai"



Tyle jeżeli chodzi o naszego panicza. Moje przeczytane w ostatnim czasie pozycje książkowe następnym razem, bo panienka przebudza się ze swojej popołudniowej drzemki...





poniedziałek, 29 czerwca 2015

Przygotowania do chrztu

Choć chrzest panienki planujemy dopiero na wrzesień, już dziś zastanawiamy się jak on ma wyglądać. Mamy już rodziców chrzestnych, lista gości też jest gotowa, ceremonia chrztu świętego będzie prawdopodobnie w sobotę ( chyba, że nasz ksiądz będzie kręcił nosem, a wierzcie mi potrafi kręcić jak nikt! ), choć nad tym się jeszcze zastanawiamy. Największy dylemat mamy z przyjęciem. Nie wiemy gdzie go zorganizować. Czy ma to być domowe przyjęcie, czy może jednak przyjęcie w lokalu. Mamy bardzo pozytywne odczucia po przyjęciu komunijnym naszego panicza w restauracji. Wszystko było smaczne, atmosfera naprawdę miła, a lokal bardzo przyjemny. Jedyne co było "nie tak", to koszt takiej imprezy :-) 

Napiszcie proszę jakie macie doświadczenie? i gdzie odbyły się Wasze przyjęcia z okazji chrztu świętego?

Kulinarna sobota

Dawno kulinarnej soboty już nie było...ale poprawiłam się troszeczkę, od kiedy jestem w domku z panienką staram się o coś dobrego nie tylko w sobotę :-), a że jutro wizyta u prawie teściów postanowiłam się wykazać ;-)

DOMOWE DROŻDŻÓWKI

  • 75 g margaryny lub masła
  • 250 ml mleka
  • 25 g świeżych drożdży
  • szczypta soli
  • 70 g cukru
  • 50 dag mąki pszennej
  • nadzienie: marmolada, serek biały, truskawki lub cokolwiek innego, co zadowoli Wasze podniebienie. Biały serek zawsze słodzę, dodaje cukier waniliowy, 1-2 łyżki proszku budyniowego waniliowego  i żółtko jajka.
WYKONANIE:

Tłuszcz roztopić, dodać mleko i podgrzać do letniej temperatury (nie może być jednak gorące). Ze świeżych drożdży zrobić rozczyn i dodać pozostałe składniki, wyrobić ciasto. Odłożyć przykryte w ciepłe miejsce do podwojenia objętości. Po wyrośnięciu wyrobić, aby usunąć pęcherzyki powietrza.



Ja robię dwa rodzaje drożdżówek, jedną część rozwałkowuję na placek i smaruję ciasto nadzieniem( zazwyczaj marmoladą lub serem  białym ) zwijam w roladę i tnę na długość ok 7 cm. Z drugiej części formuję niewielkie kulki, układam je na blaszce, spłaszczam i w każdej robię wgłębienie, w które wkładam np. truskawki bądź serek biały.Górę tych okrągłych obficie posypuję kruszonką ( pół szklanki mąki pszennej, 5 łyżek cukru, 1 opakowanie cukru wanilinowego, 60 g roztopionego masła ).
Pomiędzy bułeczkami muszą być spore odstępy ponieważ podczas pieczenia urosną.
Piekę je w termoobiegu w temperaturze 210 stopni przez ok 15 minut.

Post miał się ukazać w sobotę, ale nie zdążyłam go dopracować nim panienka spała. Miały też być zdjęcia bułeczek, ale za szybko zniknęły ;-) 
Spróbujcie, są przepyszne!!!

Miłego dnia A.

sobota, 27 czerwca 2015

Katar u niemowlaka

Nasza panienka nabawiła się katarku :-( nie jest jeszcze duży, ale słyszę czasem takie chrapanie przez nosek, a do tego ma dziś problem ze spaniem. Sama nie wiem czy to katar, czy tylko zanieczyszczony nosek. Gorączki nie ma ( 36,9 ), ale martwię się i nie bardzo wiem jak jej pomóc. Gruszką do noska wyciągam wydzielinę, a solą fizjologiczną zakrapiam nosek.
Może znacie jakieś inne sposoby, może radziłyście już sobie z katarkiem u niemowlaczka? 

wtorek, 23 czerwca 2015

Wycieczkowo

Dzisiaj troszkę z innej beczki...
Otóż jak każdy z nas i ja lubię, a nawet uwielbiam wycieczki. Uwielbiam odkrywać nowe, nieznane mi miejsca. Nie muszą być daleko, nie muszą być reklamowane,poza granicami, drogie itp., ważne, aby mnie urzekły. Bez wątpienia takim miejscem okazały się KOPICE...
przeczytajcie proszę dlaczego.
Kopice to niewielka wieś (ok. 1200 mieszkańców ) na trasie Opole Grodków. Poznałam ją dzięki mojej rodzinie, która tam właśnie ma swój domek. Wieś jak wieś mogłoby się wydawać, ale nie w tym przypadku. W Kopicach znajduje się pałac. I to jaki pałac! Z jaka historią! Jego początki sięgają XIV wieku, ale mnie zaciekawiła jego historia tocząca się od roku 1859 r. kiedy posiadłość zakupił hrabia Hans Ulrich von Schaffgotsch dla swojej siedemnastoletniej żony Joanny Gryczik von Schomberger-Godulla. 
Historia niczym bajka, z przyjemnością można opowiadać ją naszym dzieciom...

Przeczytajcie, warto!

"...Gdy mała Joanna miała zaledwie 6 lat zmarł jej ojciec, a matka nie była zainteresowana wychowywaniem swoich dzieci. Joasią zaopiekowała się więc służąca o imieniu Emilia. Emilia służyła Karolowi Godula, który był śląskim przedsiębiorcą, współczesnym Rockefellerem, którego fortuna była jedną z największych w dziejach całego Śląska. Karol nie miał potomków, a co za tym idzie nie było spadkobiercy zgromadzonych przez niego bogactw. Do tego był człowiekiem samotnym i okaleczonym. Jego brzydota i ponury charakter działała odpychająco na całe jego otoczenie. Jedynie mała Joasia nie okazywała strachu i nie czuła lęku do niego. Karol ujęty jej bezpośredniością, polubił ją do tego stopnia, że postanowił się nią zaopiekować. Niestety kiedy Joasia miała zaledwie 6 lat zmarł. Ustanowił ją jednak swą jedyną spadkobierczynią. I tak Joanna odziedziczyła: 4 kopalnie galmanu i połowę udziału w kolejnej, 6 kopalni węgla, 4 majątki ziemskie − Szombierki-Orzegów, Bobrek, Bujaków oraz Chudów-Paniówki − łącznie prawie 70 tysięcy mórg pola i prawie 3,5 tysiąca mórg lasu. I tak oto Joanna z kopciuszka stała się księżniczką i do dziś jest tak właśnie nazywana nazywana - Śląskim Kopciuszkiem. Piękna historia prawda?  a to jeszcze nie koniec...czytajcie dalej!
Kiedy mała Joasia z małej dziewczynki stała się dorosłą już Joanną została żoną hrabiego Hansa Ulryka Schaffgotscha z Cieplic. Razem zamieszkali w niemalże bajkowym pałacu w Kopicach. Joanna przekształciła go w  wyjątkową,  romantyczną rezydencję. Joannę z hrabią  różniło praktycznie wszystko − on raczej niemajętny (rodową fortunę odziedziczył stryj) ale ze wspaniałym nazwiskiem i koligacjami z europejskimi dynastiami, a ona, córka służącej, ale za to bajecznie bogata. Choć małżeństwo jak na tamte czasy przystało było zaplanowane okazało się niezwykle udane. W szczęściu, zgodzie i wzajemnej miłości małżonkowie przeżyli ze sobą kilkadziesiąt lat i doczekali się czworga dzieci. Ich szczęście nierozerwalnie wiąże się z pałacem.
Z trzech stron pałac otoczony był rozległymi stawami - stąd też nazywano go  i do dziś nazywa "pałacem na wodzie". Pałac zbudowany był na planie litery L i miał trzy kondygnacje. Posiadał liczne zdobienia i przepiękne rzeźby na elewacji. Wyróżniały go dwie czworoboczne wieże zakończone iglicami. Od strony południowej zbudowano kaplicę, a od północno - zachodniej przerzucono kamienny most łącząc fosę ze stawem.W jego pobliżu założono hektary ogrodów kwiatowych i warzywnych, sad, oranżerię, rozarium, ogród zimowy. Drzewa tropikalne w palmiarni dochodziły do 17 metrów wysokości. Przed "pałacem na wodzie" rozpościerały się kwiatowe dywany o przeróżnych wzorach i barwach. Obok pałacu, na powierzchni ponad 60 hektarów, rozciągał się słynny park krajobrazowy. Ozdobą parku były m.in. stuletnie dęby, sztuczne ruiny "średniowiecznego" zamku, "mysia wieża", kaplica grobowa rodziny Schaffgotschów, niewielka świątynia dumania Diany, pawilon chiński. Park zdobiły 1342 rzeźby postaci oraz zwierząt w naturalnych rozmiarach. Atmosfery przepychu i piękna dopełniały przemyślnie wkomponowane fontanny. Na jednej ze sztucznych wysp wzniesiono altanę, obok której stanęła wysoka kolumna zwieńczona figurą anioła. W parku hrabia hodował daniele. 

Chyba każdy z nas widzi się w swoich marzeniach w takim właśnie pałacu, w małej urokliwej miejscowości obok ukochanej osoby, dzieci, wnuków...
W 1906 roku Joanna postanowiła podzielić swój majątek na pięć części. Po jednej dla każdego z dzieci i wnuków. Zmarła 21 czerwca 1910 roku w swojej ukochanej rezydencji w Kopicach. Pochowano ją w mauzoleum rodzinnym obok miejscowego kościoła. Do 1945 r. zespołem pałacowo - parkowym zarządzali potomkowie Joanny i Hansa. Nawet II Wojna Światowa obeszła się z nim łaskawie ... jeszcze w latach pięćdziesiątych pałac stał cały i piękny...W roku 1958 pałac splądrowano, a dla zatarcia śladów podpalono.

Dzisiaj "pałac na wodzie" obraca się w ruinę. Zniszczony, splądrowany. Kolejni właściciele wiele obiecują, ale żaden z nich obietnic nie dotrzymuje. Kiedy stoi się w pobliżu pałacu czuje się atmosferę minionych lat. Moja dusza dostrzega dawne szczęście mieszkającej tam rodziny, uśmiechniętej Joanny, dostojnego Hansa i rozbawionych dzieci...
Jaka ogromna szkoda, że takie miejsca popadają w ruinę, są rozkradane, niszczone przez wandali. Nie tylko wandali, wystarczy uważnie przyjrzeć się ozdobom w ogrodach miejscowych ludzi... 

Mocno wierzę jednak w to, że znajdzie się jeszcze ktoś, kto całym sercem poczuje atmosferę płynącą z tego miejsca i stając się właścicielem pałacu na wodzie przywróci mu jego dawną świetność..." Byłabym zaszczycona, gdyby dane mi było stanąć w jego murach.

Nie wiem czy i Was ta historia choć troszkę urzekła, ale ja powracam do niej myślami niezwykle często i za każdym razem dopisuje do niej moje - szczęśliwe zakończenie... :)



Poniższe zdjęcia wykonałam sama podczas ostatniej wizyty w Kopicach.

 

 


Zdjęcie znalezione w internecie na stronie www.sokoliszlak.pl


Zdjęcia pałacu na wodzie z czasów jego świetności









Może znacie takie miejsca jak pałac w Kopicach. Miejsca z duszą i ciekawą historią... Napiszcie, chętnie tam zawitam :-)






poniedziałek, 22 czerwca 2015

Co zabrać do szpitala

Wpis ten był w mojej głowie jeszcze kiedy nasza panienka była w moim brzuchu. Przeczytałam tysiące porad co jest potrzebne w szpitalu mamie i dzidziusiowi. Niektóre już wtedy wydawały mi się absurdalne, niektórych w ogóle nie brałam pod uwagę, a inne jak najbardziej okazały się przydatne. Teraz, kiedy sama jestem już " po "mogę ułożyć własną listę rzeczy niezbędnych, tych, które naprawdę nam się przydały.
Dodam, iż panienka przyszła na świat przez cc.

DLA MAMY:
  • woda, woda i jeszcze raz woda ( niegazowana oczywiście ) najlepiej w małych butelkach z dziubkiem docenimy to po cc.
  • biszkopty, przydatne podczas diety lekkostrawnej. 
  • jeżeli któraś z Was nie lubi zupek mlecznych to koniecznie kaszka dla dzieci. W drugiej dobie po cc podają tylko zupki mleczne, alternatywą dla nich jest właśnie kaszka. Ja skorzystałam z kaszek mleczny start z biedronki :-) 
  • koszule nocne co najmniej dwie. 
  • wygodne kapcie
  • skarpety ( po operacji jest bardzo zimno w stopy )
  • klapki pod prysznic
  • szlafrok
  • podpaski poporodowe
  • majteczki jednorazowe - kilka sztuk
  • podkłady higieniczne na łóżko szpitalne
  • przybory kosmetyczne - wymieniać nie będę, wszystko, co uważamy za niezbędne, co zabieramy na wyjazdy 
  • ręczniki - jeden kąpielowy, dwa mniejsze
  • książka
  • telefon, aparat fotograficzny
DLA DZIDZIUSIA:

  • ubranka, u mnie sprawdziły się body i śpioszki chociaż w moim szpitalu swoich ubranek nie trzeba było mieć
  • rękawiczki niedrapki
  • pieluszki tetrowe - 2-3 sztuki
  • pieluszki flanelowe - 3-4 sztuki ( potrzebne np. na przewijak )
  • rożek ( niestety zawinięcie dzieciątka pieluszką tak, jak to robią położne jeszcze nigdy mi nie wyszło )
  • pampersy -miałam cała paczkę - 48 szt new born
  • chusteczki nawilżone
DOKUMENTY:

  • dowód osobisty
  • karta NFZ ( jeżeli w Waszym województwie taka funkcjonuje ) 
  • karta ciąży oraz ostatnie wyniki badań
  • wynik z grupą krwi ( oryginał ) 

No i to wszystko , co faktycznie w szpitalu się przydało :-) 



piątek, 19 czerwca 2015

Cesarskie cięcie

Panienka na świat przyszła przez cesarskie cięcie. Co ważne, o tym cesarskim cięciu wiedziałam już sporo czasu przed porodem. Dla części matek temat dość drażliwy, dla pozostałych sprawa naturalna. Wokół tego tematu toczy się zawzięta dyskusja pomiędzy zwolenniczkami porodu naturalnego, a tymi, które zdecydowały się na cc. Ja miałam okazje przeżyć oba porody. Z pełną odpowiedzialnością mogę dziś powiedzieć, że wybieram cc. Nie zamierzam opisywać przebiegu mojego porodu naturalnego 9 lat temu i to nie dlatego, że był straszny, przykry, bolesny itp. Nie. Nie był taki. Najgorszy był połóg i tego wspominać nie warto i też nie chcę. Dlatego właśnie wspólnie z panią doktor  i moim nieślubnym zdecydowaliśmy, że panienka przyjdzie na świat przez cc. 
Nie miałam pojęcia co mnie czeka, więc stres był gigantyczny, kiedy wwieźli mnie na salę operacyjną sięgał zenitu!!! Operacja trwała ok godziny, po 10-15 minutach od rozpoczęcia zobaczyłam naszą córeczkę i stres odszedł na rzecz wzruszenia. Płakałam jak bóbr...
Po około dwóch godzinach zaczęło wracać czucie w nogach po znieczuleniu zewnątrzoponowym. Po sześciu godzinach położna pomogła mi wstać z łóżka - nie małe wyzwanie, ale udało się! prysznic i czułam się już ciut lepiej :-) tego dnia wstałam jeszcze raz, aby jak najszybciej wrócić do formy, niezmiernie mocno zależało mi, aby wyjść ze szpitala i wrócić do domu. I tak w piątek panienkę powitaliśmy na świecie, a w poniedziałek byłyśmy już w domku. W niedziele odmówiłam już przyjęcia tabletek przeciwbólowych ( dostawałam paracetamol i ketonal ) chciałam sprawdzić, czy dam rade w miarę sprawnie funkcjonować i jak najbardziej dało się! bolało, ale ból był do wytrzymania. Jeszcze w piątek spróbowałam panienkę przystawić do piersi, może było to troszkę nieudolne, ale próba była :-) 
Po tygodniu odczuwałam juz tylko niewielki dyskomfort, a rana po cięciu goiła się bardzo ładnie. 
Wiem ,że dość chaotyczny ten wpis, ale w głowie tysiące pozytywnych myśli, a nie chce, żeby ktoś pomyślał, że zachęcam do cc.Uważam, że zarówno cc, jak i poród naturalny to dla kobiety niemałe wyzwanie, z którym każda z nas -  MAM ( piękne słowo ) na swój sposób doskonale sobie poradziła.